ITTC
Wróć do Wiedzy

Artykuł

Menedżerowie gaszą pożary – jak wyjść z modelu zarządzania reaktywnego

· 6 min czytania

Menedżerowie gaszą pożary – jak wyjść z modelu zarządzania reaktywnego

Gaszenie pożarów wygląda jak dobra praca

Jeżeli zapytać dyrektora operacyjnego albo szefa sprzedaży, jak wyglądał jego tydzień, odpowiedź często brzmi podobnie: kilka pilnych spraw, dwa problemy z klientami, jedna eskalacja, coś od produkcji, coś od finansów. Kalendarz pełny, energia zużyta, poczucie sensu umiarkowane. Nikt nie ma wrażenia, że pracował mało. Wielu ma wrażenie, że pracował nad niczym istotnym.

Problem w tym, że zarządzanie reaktywne jest mylące. Menedżer, który skutecznie gasi pożary, wygląda na osobę niezastąpioną. Jest widoczny, potrzebny, chwalony. Organizacja przywiązuje się do jego sprawności w rozwiązywaniu bieżących kryzysów i przestaje pytać, dlaczego tych kryzysów jest tak wiele.

Z naszych doświadczeń wynika, że w firmach, w których kadra menedżerska funkcjonuje w trybie ciągłej interwencji, rzadko brakuje kompetencji. Brakuje czegoś innego: jasnego podziału odpowiedzialności, przewidywalnych procesów, ustalonych zasad decyzyjnych i odwagi, by część problemów zostawić tam, gdzie powstały.

Dlaczego pożary się nie kończą

Gaszenie pożarów nie jest cechą charakteru menedżera. Jest efektem konstrukcji organizacji. Kilka mechanizmów powtarza się szczególnie często.

Odpowiedzialność jest rozmyta, a decyzyjność skoncentrowana. Jeśli pracownik nie ma jasno przypisanego zakresu decyzji, każdą nietypową sytuację przekaże wyżej. To racjonalne z jego perspektywy – ryzyko błędu jest większe niż koszt eskalacji. Kilkudziesięciu takich pracowników potrafi całkowicie zapełnić kalendarz jednego dyrektora.

Procesy istnieją w wersji oficjalnej i rzeczywistej. Opisany proces mówi jedno, praktyka wygląda inaczej, a różnicę wypełniają improwizacja i osobiste ustalenia. Każde odstępstwo generuje wyjątek, a każdy wyjątek wymaga decyzji menedżera.

Dane pojawiają się zbyt późno. Kiedy informacja o problemie – opóźnionej dostawie, spadku konwersji, rosnących reklamacjach – dociera do zarządu po fakcie, każda reakcja jest interwencją. Firma nie zarządza, firma nadgania.

Kultura nagradza bohaterstwo. W wielu organizacjach największe uznanie zdobywa ten, kto uratował sytuację w ostatniej chwili, a nie ten, u kogo od miesięcy nic się nie psuje. To bardzo skutecznie utrwala model reaktywny.

Warto też uczciwie dodać czynnik, o którym mówi się rzadziej: część menedżerów czuje się w gaszeniu pożarów dobrze. Daje szybkie poczucie skuteczności i pozwala odłożyć trudniejszą, mniej wdzięczną pracę nad zmianą systemu.

Co to naprawdę kosztuje

Koszt trybu reaktywnego jest realny, ale rozproszony, dlatego rzadko trafia do żadnego zestawienia.

Pierwsza pozycja to czas kadry zarządzającej – najdroższy zasób w firmie, wykorzystywany do rozwiązywania problemów, które powinny zostać rozwiązane dwa poziomy niżej. Druga to jakość decyzji. Decyzje podejmowane pod presją, bez danych, są statystycznie gorsze i częściej wymagają korekty, co generuje kolejne pożary.

Trzecia pozycja to skalowalność. Firma, w której wzrost obrotów wymaga proporcjonalnego wzrostu liczby interwencji menedżerskich, ma wbudowany sufit. Można go czasowo podnieść pracą po godzinach, ale nie da się go przesunąć trwale.

Czwarta – i z perspektywy właścicieli najistotniejsza – to wartość przedsiębiorstwa. Organizacja, która działa dzięki kilku niezastąpionym osobom, jest mniej warta niż organizacja o porównywalnych wynikach oparta na procesach. Widać to natychmiast w każdym procesie due diligence i w każdej rozmowie o sukcesji.

Dochodzi jeszcze rotacja. Dobrzy menedżerowie nie odchodzą z powodu nadmiaru pracy. Odchodzą, gdy przez dwa lata nie mieli szansy zrobić niczego, co zostanie po nich dłużej niż tydzień.

Jak zdiagnozować skalę problemu

Zanim zacznie się cokolwiek zmieniać, warto zebrać fakty. Kilka prostych pytań daje zaskakująco dużo.

- Jaki procent czasu członkowie kadry menedżerskiej poświęcają na sprawy nieplanowane? Wystarczy dwa tygodnie rzetelnego zapisu. - Jakie typy spraw są eskalowane najczęściej i kto je eskaluje? - Ile z tych spraw powtarza się cyklicznie? Powtarzalny pożar to nie kryzys, to nieuporządkowany proces. - Które decyzje wymagają zgody menedżera bez wyraźnego uzasadnienia biznesowego – bo tak było zawsze? - Jak długo trwa droga informacji o problemie od miejsca powstania do osoby, która może zadecydować?

Z doświadczeń naszych ekspertów wynika, że po takiej analizie ujawnia się kilka wąskich gardeł, które odpowiadają za większość interwencji. Rzadko jest to rozproszony chaos. Zwykle są to trzy, cztery konkretne punkty w organizacji.

Wyjście z modelu reaktywnego

Zmiana nie polega na tym, że menedżerowie przestaną reagować. Polega na tym, że reagowanie przestanie być głównym trybem pracy.

Zacznij od kategoryzacji, nie od optymalizacji. Podziel bieżące sprawy na trzy grupy: takie, które powinny być rozwiązywane niżej, takie, które wynikają z wadliwego procesu, i takie, które rzeczywiście wymagają decyzji menedżerskiej. Trzecia grupa okazuje się zazwyczaj najmniejsza.

Przenieś decyzje razem z zasadami i granicami. Delegowanie bez określonych ram odpowiedzialności, limitów i kryteriów kończy się powrotem sprawy – tylko później i w gorszym stanie. Pracownik musi wiedzieć, co może rozstrzygnąć samodzielnie, w jakich widełkach i kiedy ma obowiązek eskalować.

Napraw procesy generujące najwięcej wyjątków. Nie wszystkie. Te, które produkują powtarzalne problemy. Uporządkowanie jednego procesu obsługi zamówienia albo jednego etapu przekazania sprzedaży do realizacji potrafi zdjąć z menedżerów kilka godzin tygodniowo.

Zbuduj wczesne sygnały. Kilka wskaźników wiodących – zamiast miesięcznego raportu po fakcie – zmienia charakter pracy zarządu z reagowania na przewidywanie. Tutaj technologia pomaga naprawdę, o ile nie stanie się kolejnym źródłem danych, których nikt nie czyta.

Chroń czas na pracę nad firmą. Jeżeli w kalendarzu nie ma zablokowanego czasu na zmianę, zmiany nie będzie. Bieżączka ma nieskończony apetyt.

Zmień to, co doceniasz. Dopóki na spotkaniach zarządu chwali się ratowanie sytuacji, a nie jej niewystępowanie, organizacja będzie produkować bohaterów i pożary w komplecie.

Warto uprzedzić jedno: pierwsze tygodnie po ograniczeniu interwencji bywają nieprzyjemne. Część spraw utknie, kilka rzeczy się posypie, ktoś podejmie gorszą decyzję niż podjąłby dyrektor. To normalny koszt przejścia i to właśnie w tym momencie większość firm cofa się do starego modelu.

Perspektywa właściciela i zarządu

Wyjście z trybu gaszenia pożarów nie jest projektem usprawnienia zarządzania czasem. Jest zmianą sposobu funkcjonowania organizacji – dotyka podziału odpowiedzialności, procesów, informacji zarządczej i kompetencji menedżerskich jednocześnie. Dlatego rzadko udaje się przeprowadzić ją wyłącznie od środka: ci, którzy najbardziej potrzebują zmiany, są najgłębiej zanurzeni w bieżączce.

W ITTC pracujemy z firmami właśnie w takich sytuacjach – od diagnozy, gdzie realnie powstają interwencje, przez uporządkowanie procesów i zasad decyzyjnych, po wsparcie menedżerów w nowym sposobie pracy, także w formule mentoringu lub interim management, gdy zespół potrzebuje dodatkowych rąk na czas przejścia.

Jeżeli rozpoznajesz ten model w swojej organizacji, warto zacząć od uczciwej oceny, ile czasu kadry menedżerskiej zjada bieżączka i skąd ona naprawdę pochodzi. Możemy przeanalizować to wspólnie i wskazać punkty, których zmiana da najszybszy efekt.

Rozpoznajesz ten problem w swojej firmie? Porozmawiajmy.

Podczas krótkiego spotkania przyjrzymy się Twojej sytuacji i sprawdzimy, gdzie mogą być największe możliwości poprawy.

Umów rozmowę z ekspertem

Zobacz też