ITTC
Wróć do Wiedzy

Artykuł

Jak policzyć ROI inwestycji w IT, żeby liczba coś znaczyła

· 6 min czytania

Jak policzyć ROI inwestycji w IT, żeby liczba coś znaczyła

Dlaczego ROI inwestycji w IT tak często rozjeżdża się z rzeczywistością

Gdy firma decyduje o zakupie systemu ERP, CRM, platformy e-commerce, narzędzia do automatyzacji czy przebudowie infrastruktury, prawie zawsze pojawia się pytanie o zwrot z inwestycji. I prawie zawsze odpowiedź jest asymetryczna. Koszty są konkretne, bo wynikają z ofert. Korzyści są miękkie, bo wynikają z założeń.

Z doświadczeń naszych ekspertów wynika, że najczęstszy błąd nie polega na złej metodzie liczenia. Polega na tym, że nikt nie zdefiniował, co dokładnie ma się zmienić w biznesie po wdrożeniu. Jeśli nie wiadomo, jaki proces przyspieszy, o ile, u kogo i co się stanie z uwolnionym czasem, to każda liczba w arkuszu jest tylko dekoracją.

Drugi powtarzalny problem: ROI liczy IT, a korzyści powstają w sprzedaży, operacjach albo finansach. Dział technologii nie ma mandatu ani danych, żeby oszacować, ile warte jest skrócenie cyklu sprzedaży o pięć dni. Efekt jest przewidywalny — biznes nie czuje się właścicielem obietnicy, więc po wdrożeniu nikt jej nie rozlicza.

Od czego naprawdę zacząć: nie od technologii, a od strumienia wartości

Zanim pojawi się arkusz kalkulacyjny, warto odpowiedzieć na trzy pytania.

Pierwsze: jaki konkretny problem biznesowy rozwiązujemy? Nie „brak nowoczesnego systemu”, ale na przykład: ofertowanie trwa 6 dni, bo dane o dostępności i marży są w trzech miejscach; 30% zamówień wymaga ręcznej korekty; zamknięcie miesiąca zajmuje 12 dni roboczych.

Drugie: kto jest właścicielem tej liczby? Jeżeli obietnicą jest skrócenie ofertowania, właścicielem jest dyrektor sprzedaży, nie CIO.

Trzecie: co zrobimy z odzyskanym zasobem? To pytanie warto zadać wcześniej, bo tu najczęściej rozpada się cała kalkulacja. Automatyzacja, która oszczędza 20% czasu ośmiu osób, nie generuje oszczędności, jeśli nikt nie zmienia zakresu ich pracy, struktury zespołu ani wolumenu obsługiwanych zleceń. Godziny wracają do systemu i znikają.

Cztery kategorie korzyści — i tylko jedna z nich trafia do EBITDA sama z siebie

Przy szacowaniu zwrotu z inwestycji w IT warto rozdzielić korzyści, bo mają różną wiarygodność i różny wpływ na wynik.

- Redukcja kosztów twardych — likwidacja licencji, konsolidacja serwerów, niższe koszty utrzymania starego systemu, mniejsze koszty outsourcingu. To najbardziej pewna kategoria, bo znika konkretna faktura. - Uwolniona produktywność — mniej ręcznej pracy, mniej poprawek, krótsze procesy. Realna, ale materializuje się wyłącznie wtedy, gdy towarzyszy jej decyzja organizacyjna. - Wzrost przychodu i marży — wyższa konwersja, lepszy cross-sell, krótszy cykl sprzedaży, mniejsza rotacja klientów, lepsza polityka cenowa oparta na danych. Największy potencjał, najtrudniejszy dowód. - Redukcja ryzyka — zgodność, bezpieczeństwo, ciągłość działania, zmniejszenie zależności od pojedynczych osób i od systemów bez wsparcia producenta. Rzadko da się to wpisać jako przychód, ale da się wycenić jako prawdopodobieństwo i skutek zdarzenia.

Dodatkowo istnieje piąta kategoria, którą prawie nikt nie liczy: koszt niezrobienia niczego. Utrzymywanie procesu opartego na Excelu i wiedzy jednej osoby ma swoją cenę — w błędach, w czasie menedżerów, w niemożności skalowania. Punktem odniesienia dla ROI nie jest stan idealny, tylko realna trajektoria kosztów przy scenariuszu „zostawiamy jak jest”.

Jak policzyć: prosta mechanika, której trudno podważyć

Sama formuła jest banalna. ROI = (korzyści netto − koszt inwestycji) / koszt inwestycji. Wartość bierze się z tego, co wstawimy do licznika i mianownika.

W mianowniku powinien znaleźć się pełny koszt posiadania, a nie cena z oferty: licencje lub subskrypcje w horyzoncie 3–5 lat, wdrożenie, integracje, migracja danych, czas własnych ludzi (to zwykle najbardziej niedoszacowana pozycja), szkolenia, zmiana procesów, wsparcie po starcie, koszt równoległego utrzymania starego rozwiązania w okresie przejściowym.

W liczniku — korzyści powiązane z konkretnym wskaźnikiem operacyjnym i przelicznikiem finansowym. Zamiast „poprawa efektywności o 15%” lepiej zapisać: liczba obsłużonych zleceń na osobę rośnie z X do Y, co przy planowanym wolumenie oznacza brak potrzeby zatrudnienia dwóch osób w kolejnym roku. Taka konstrukcja ma tę zaletę, że da się ją sprawdzić po dwunastu miesiącach.

Dla projektów dłuższych niż rok warto dołożyć NPV i prostą analizę okresu zwrotu, bo dla inwestycji rozłożonej na kilka lat cash flow ma znaczenie porównywalne z samą wielkością korzyści. I zawsze warto policzyć trzy scenariusze: konserwatywny, bazowy i optymistyczny. Zarząd, który widzi tylko jedną liczbę, słusznie jej nie wierzy.

Test, który warto zrobić przed decyzją

Jeżeli usuniemy z kalkulacji wszystkie korzyści miękkie i nieprzypisane do konkretnego właściciela, czy projekt nadal się broni? Jeśli tak — mamy solidną podstawę. Jeśli nie — nie znaczy to, że projektu nie należy robić, ale że jego uzasadnieniem jest coś innego niż ROI: strategia, ryzyko albo warunek konieczny dla dalszego wzrostu. Warto to nazwać wprost, zamiast naciągać model.

Po wdrożeniu zaczyna się część, którą najczęściej się pomija

ROI nie jest dokumentem przetargowym. Jest zobowiązaniem. W praktyce problem bywa gdzie indziej niż w liczbach — po uruchomieniu systemu projekt formalnie się zamyka, zespół wdrożeniowy się rozchodzi, a nikt nie wraca do pierwotnych założeń.

Dlatego warto ustalić z góry: które wskaźniki mierzymy, jaka jest ich wartość wyjściowa przed wdrożeniem (bez baseline'u nie ma o czym rozmawiać), kto raportuje i w jakim rytmie. Przegląd korzyści po 3, 6 i 12 miesiącach kosztuje niewiele, a zmienia sposób, w jaki organizacja podchodzi do kolejnych inwestycji technologicznych.

Warto też pamiętać, że technologia rzadko sama generuje zwrot. Zwrot generuje zmiana sposobu pracy, którą technologia umożliwia. Wdrożenie CRM bez zmiany procesu sprzedaży i sposobu zarządzania zespołem daje lepszą bazę danych, nie lepsze wyniki. To dlatego rozmowa o ROI inwestycji w IT bardzo szybko przestaje być rozmową o IT, a staje się rozmową o procesach, kompetencjach i decyzjach menedżerskich.

Kiedy warto spojrzeć na to z zewnątrz

Najtrudniejsze w liczeniu zwrotu z inwestycji w technologię nie jest modelowanie finansowe, a uczciwa diagnoza stanu wyjściowego — gdzie faktycznie tracimy czas i marżę, ile z tego wynika z narzędzi, a ile z organizacji pracy. Firmy, które pomijają ten etap, kupują systemy pod wcześniej postawioną tezę.

Pracując z zarządami nad transformacją cyfrową i operacyjną, zwykle zaczynamy właśnie od tego: mapy procesu, danych o rzeczywistej pracochłonności, identyfikacji miejsc, w których technologia może dać efekt finansowy, i tych, w których wystarczy uporządkować sposób działania. Dopiero na tej podstawie budujemy business case, który da się rozliczyć.

Jeżeli przygotowujesz decyzję o większej inwestycji w IT albo masz wrażenie, że poprzednie wdrożenia nie przyniosły spodziewanego efektu, warto przyjrzeć się temu szerzej. Możemy wspólnie przeanalizować, gdzie w Twojej organizacji znajduje się realny potencjał finansowy i jak zbudować uzasadnienie inwestycji, które przetrwa zderzenie z rzeczywistością.

Rozpoznajesz ten problem w swojej firmie? Porozmawiajmy.

Podczas krótkiego spotkania przyjrzymy się Twojej sytuacji i sprawdzimy, gdzie mogą być największe możliwości poprawy.

Umów rozmowę z ekspertem

Zobacz też