ITTC
Wróć do Wiedzy

Artykuł

Firma rośnie, ale traci kontrolę. Gdzie naprawdę leży problem

· 7 min czytania

Firma rośnie, ale traci kontrolę. Gdzie naprawdę leży problem

Wzrost, który przestaje cieszyć

Jest taki moment w rozwoju przedsiębiorstwa, w którym dobre wiadomości przestają brzmieć jednoznacznie dobrze. Sprzedaż rośnie, portfel zamówień jest pełny, zatrudnienie zwiększa się z kwartału na kwartał — a jednocześnie w firmie robi się nerwowo. Terminy przestają być pewne. Reklamacje pojawiają się częściej. Marża, mimo wyższych przychodów, jakoś nie chce rosnąć w tym samym tempie. Zarząd zaczyna dowiadywać się o problemach z opóźnieniem, najczęściej wtedy, gdy jest już za późno na spokojną reakcję.

Właściciele opisują to zwykle jednym zdaniem: firma rośnie, ale tracimy nad nią kontrolę. I zwykle szukają winnego — w konkretnym dziale, w konkretnym menedżerze, w systemie IT. Rzadko od razu widać, że problem jest strukturalny, a nie personalny.

Dlaczego kontrola znika akurat w okresie wzrostu

Mała firma jest sterowana bezpośrednio. Właściciel albo dyrektor zarządzający widzi większość spraw na własne oczy, zna klientów po imieniu, wie, kto pracuje dobrze, a kto się obija. Decyzje zapadają szybko, bo obieg informacji jest krótki. To ogromna przewaga i jednocześnie pułapka, ponieważ ten model nie skaluje się liniowo.

Gdy organizacja rośnie, liczba możliwych interakcji między ludźmi, procesami i klientami rośnie znacznie szybciej niż liczba pracowników. Właściciel wciąż próbuje pracować w tym samym trybie, tylko z dwukrotnie większą liczbą spraw na biurku. Przez pewien czas to działa, kosztem jego czasu i zdrowia. Potem przestaje.

Z doświadczeń naszych ekspertów wynika, że utrata kontroli rzadko jest nagła. Ona narasta miesiącami i objawia się w sposób, który łatwo zracjonalizować: „mieliśmy trudny kwartał”, „ten klient był wyjątkowo wymagający”, „nowy człowiek jeszcze się wdraża”. Dopiero suma tych wyjaśnień układa się w obraz systemu, który przestał nadążać.

Procesy, które nigdy nie zostały zapisane

W firmie, która urosła organicznie, większość procesów istnieje wyłącznie w głowach ludzi. Dopóki zespół jest mały i stabilny, to wystarcza. Przy dwudziestu nowych osobach rocznie okazuje się, że każdy robi to samo trochę inaczej, a wiedza o tym, „jak się to u nas robi”, przekazywana jest ustnie i wybiórczo. Powstaje zależność od pojedynczych osób — jeden człowiek zna proces rozliczania projektu, drugi jako jedyny umie skonfigurować zamówienie u kluczowego dostawcy. To ryzyko operacyjne, które w wycenie przedsiębiorstwa potrafi obniżyć jego wartość znacznie bardziej, niż właściciele przypuszczają.

Dane, które nie mówią prawdy

Druga typowa przyczyna to informacja zarządcza, która nie nadąża za skalą. Raportowanie, które sprawdzało się przy trzydziestu klientach, przy trzystu daje obraz uśredniony i spóźniony. Zarząd widzi przychód, ale nie widzi rentowności na poziomie klienta, produktu czy projektu. W efekcie decyzje o cenach, priorytetach i inwestycjach podejmowane są na wyczucie — i przez jakiś czas to wyczucie bywa trafne, bo opiera się na doświadczeniu. Problem w tym, że doświadczenie odnosi się do firmy sprzed trzech lat, a nie do tej dzisiejszej.

Struktura, która nie zmieniła się razem z firmą

Trzeci obszar to podział odpowiedzialności. W wielu rosnących firmach struktura jest wciąż odbiciem historii, a nie logiki biznesu. Ktoś odpowiada za dział, bo był tu od początku. Kilka osób raportuje bezpośrednio do prezesa, choć powinny raportować do siebie nawzajem. Nikt formalnie nie odpowiada za rentowność — wszyscy odpowiadają za swój fragment. W takiej konfiguracji problemy pojawiają się dokładnie na styku działów, czyli tam, gdzie nikt nie czuje się właścicielem tematu.

Co to kosztuje

Utrata kontroli ma bardzo konkretne konsekwencje finansowe, tylko rozłożone w czasie i trudne do przypisania do jednej przyczyny. Rośnie koszt obsługi zamówienia, bo więcej rzeczy trzeba poprawiać. Wydłuża się cykl realizacji, co obciąża cash flow. Pojawiają się koszty jakości — reklamacje, rabaty, nadgodziny. Handlowcy sprzedają to, co łatwiej sprzedać, niekoniecznie to, co przynosi marżę. Najlepsi ludzie odchodzą, bo mają dość gaszenia pożarów, a rekrutacja i wdrożenie ich następców kosztują znacznie więcej niż podwyżka, której nie dostali.

W rezultacie firma rośnie na przychodach i stoi w miejscu, albo cofa się, na EBITDA. To jeden z najczęściej spotykanych paradoksów w przedsiębiorstwach po okresie szybkiego wzrostu.

Jak zdiagnozować, gdzie naprawdę jest problem

Zanim zacznie się zmieniać strukturę albo wdrażać nowy system, warto zadać kilka pytań, na które w rosnącej firmie odpowiedź rzadko bywa oczywista:

- Które produkty, klienci i projekty faktycznie zarabiają, a które są finansowane przez pozostałe? - Ile decyzji tygodniowo trafia na biurko zarządu tylko dlatego, że nikt inny nie ma uprawnień, by je podjąć? - Jak długo trwa u nas droga od zapytania klienta do gotówki na koncie i gdzie w tym procesie realnie tracimy czas? - Co się stanie, jeżeli jutro z pracy odejdą trzy konkretne osoby? - Skąd zarząd dowiaduje się o problemie: z raportu czy od klienta?

Te pytania mają sens tylko wtedy, gdy odpowiada się na nie danymi, a nie wrażeniami. Bardzo często pierwsze zaskoczenie polega na tym, że dane, których potrzeba do odpowiedzi, w ogóle w firmie nie istnieją albo są rozproszone po kilku niepowiązanych systemach.

Od gaszenia pożarów do zarządzania systemem

Odzyskanie kontroli nad rosnącą firmą nie polega na dokręceniu śruby ani na zwiększeniu liczby raportów. Polega na przejściu z zarządzania bezpośredniego do zarządzania przez system: opisane procesy w kluczowych obszarach, jasno przypisana odpowiedzialność za wynik, informacja zarządcza dostarczana na czas i we właściwej rozdzielczości, technologia dopasowana do procesu, a nie odwrotnie, oraz menedżerowie średniego szczebla, którzy potrafią i mają prawo podejmować decyzje.

Ostatni element bywa najtrudniejszy. W wielu firmach struktura formalnie istnieje, ale realnie nie działa, bo menedżerowie nauczyli się, że każda ważniejsza decyzja i tak zostanie zmieniona przez właściciela. Uporządkowanie procesów bez równoległej pracy z ludźmi i sposobem podejmowania decyzji zwykle kończy się powrotem do punktu wyjścia po kilku miesiącach.

Dlatego w praktyce najlepsze efekty daje podejście, które łączy diagnozę operacyjną i finansową z pracą nad organizacją i kompetencjami menedżerskimi — a w sytuacjach, w których firma nie ma wewnętrznych zasobów, żeby przeprowadzić taką zmianę obok bieżącego biznesu, także czasowe wsparcie kogoś z zewnątrz w formule interim management. W ITTC pracujemy z firmami właśnie w takich momentach: kiedy skala już wyprzedziła sposób zarządzania i trzeba to nadrobić, nie zatrzymując wzrostu.

Wzrost wymaga innej firmy, nie tylko większej

Najważniejszy wniosek jest może mało efektowny, ale wart powtórzenia: firma, która podwaja skalę, nie potrzebuje tych samych rozwiązań w większej ilości. Potrzebuje innych rozwiązań. Model zarządzania, który doprowadził organizację do obecnego poziomu, bardzo rzadko jest tym, który przeprowadzi ją na kolejny.

Poczucie utraty kontroli nie jest więc sygnałem, że coś poszło źle. Jest sygnałem, że firma dorosła do zmiany sposobu, w jaki jest prowadzona. Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy ten sygnał się ignoruje przez kolejne dwa lata.

Jeżeli rozpoznajesz tę sytuację u siebie, warto spojrzeć na nią szerzej niż przez pryzmat jednego działu czy jednego menedżera. Możemy wspólnie przeanalizować, gdzie w Twojej organizacji leży rzeczywista przyczyna utraty kontroli i które działania przyniosą największy efekt w najkrótszym czasie.

Rozpoznajesz ten problem w swojej firmie? Porozmawiajmy.

Podczas krótkiego spotkania przyjrzymy się Twojej sytuacji i sprawdzimy, gdzie mogą być największe możliwości poprawy.

Umów rozmowę z ekspertem

Zobacz też