ITTC
Wróć do Wiedzy

Artykuł

Dlaczego firmy tolerują nieefektywne procesy przez lata?

· 5 min czytania

Dlaczego firmy tolerują nieefektywne procesy przez lata?

Zaskakująco często w rozmowach z zarządami pojawia się ten sam moment. Ktoś opisuje sposób, w jaki firma realizuje zamówienie, przygotowuje ofertę albo zamyka miesiąc, po czym dodaje: „wiem, że to nie ma sensu, robimy tak od lat”. Nieefektywne procesy rzadko są tajemnicą. Zwykle wszyscy je znają, opowiadają o nich nowym pracownikom jako o „naszej specyfice”, a mimo to nikt ich nie zmienia.

To nie jest kwestia braku kompetencji ani lenistwa. To kwestia tego, jak organizacje racjonalizują koszty, których nie widzą w rachunku wyników.

Nieefektywność nie boli wystarczająco mocno w jednym miejscu

Strata wynikająca ze złego procesu prawie nigdy nie pojawia się jako jedna pozycja kosztowa. Rozkłada się na dziesiątki drobnych zdarzeń: piętnaście minut szukania informacji, trzy dodatkowe telefony do klienta, poprawiana faktura, dwa dni opóźnienia w wysyłce, jeden e-mail więcej w każdej ofercie. Osobno każde z nich jest do zaakceptowania. Razem potrafią zjeść kilka punktów marży i znaczną część zdolności organizacji do wzrostu.

Z doświadczeń naszych ekspertów wynika, że firmy najlepiej zarządzają tymi kosztami, które mają swoją linię w budżecie. Koszt nieefektywnego procesu takiej linii nie ma. Jest ukryty w wynagrodzeniach, w nadgodzinach, w zapasie bezpieczeństwa, w rabatach udzielanych po to, żeby zatuszować opóźnienie. Nikt go nie raportuje, więc nikt go nie kwestionuje.

Ludzie kompensują braki procesu — i tym samym go chronią

To jeden z najciekawszych mechanizmów. Zły proces zwykle nie prowadzi do katastrofy, bo w firmie są ludzie, którzy „wiedzą, jak to obejść”. Ktoś pamięta, komu trzeba zadzwonić. Ktoś prowadzi własny arkusz obok systemu. Ktoś przychodzi wcześniej, żeby nadrobić bałagan z poprzedniego dnia.

Efekt jest paradoksalny: im lepszych masz ludzi, tym dłużej możesz tolerować słabe procesy. Kompensacja działa jak znieczulenie. Problem staje się widoczny dopiero wtedy, gdy taka osoba odchodzi, zachoruje albo firma wchodzi w okres wzmożonej sprzedaży i ręczne obejścia przestają się skalować.

Warto zadać sobie pytanie, ile procesów w firmie działa dziś dlatego, że *ktoś konkretny* je pilnuje. To zwykle najkrótsza droga do listy realnych ryzyk operacyjnych — i jednocześnie do zrozumienia, dlaczego wartość przedsiębiorstwa spada, gdy jest ono zbyt zależne od pojedynczych osób.

Nikt nie jest właścicielem całości

Procesy w firmach biegną poziomo, a odpowiedzialność jest ustawiona pionowo. Sprzedaż odpowiada za swoją część, produkcja za swoją, finanse za swoją. Każdy dział wykonuje swój fragment poprawnie, a proces jako całość działa źle — bo straty powstają na stykach.

W takiej strukturze zmiana procesu wymaga, aby ktoś zakwestionował sposób pracy kilku działów jednocześnie. To politycznie kosztowne. Łatwiej zoptymalizować własny odcinek, nawet jeśli to pogarsza sytuację obok. Dlatego w praktyce problem bywa gdzie indziej, niż wskazują pierwsze diagnozy: nie w wydajności zespołów, ale w braku jednoznacznego właściciela procesu end-to-end.

Zmiana wygląda na drogą, a status quo wydaje się darmowe

Gdy pojawia się propozycja uporządkowania procesu, natychmiast pojawia się też jej cena: czas ludzi, koszt systemu, ryzyko przestoju, konieczność przeszkolenia zespołu. Wszystko to jest policzalne i widoczne.

Po drugiej stronie stoi koszt utrzymania obecnego stanu, którego nikt nie policzył. W tym porównaniu status quo zawsze wygrywa. Dopóki ktoś nie zestawi obu liczb obok siebie, decyzja o zmianie będzie odkładana jako „niepriorytetowa”.

To zresztą podpowiada, od czego zaczynać. Nie od wyboru narzędzia, ale od oszacowania kosztu bezczynności. Nawet przybliżony rachunek — ile godzin miesięcznie, ile poprawek, ile utraconych zamówień, ile dni w cyklu konwersji gotówki — zmienia charakter rozmowy w zarządzie.

Jak rozpoznać procesy, które kosztują najwięcej

Nie ma sensu poprawiać wszystkiego. Kilka sygnałów dość niezawodnie wskazuje miejsca, w których firma traci najwięcej:

- Praca wykonywana dwa razy — te same dane wpisywane do dwóch systemów, ta sama informacja potwierdzana w kilku miejscach. - Arkusze kalkulacyjne obok oficjalnych narzędzi — najbardziej uczciwa mapa tego, czego systemy nie obsługują. - Długie czasy oczekiwania między krokami — zwykle to nie praca zajmuje tydzień, ale przestoje między działami. - Stała obecność „gaszenia pożarów” — jeśli menedżerowie większość dnia rozwiązują wyjątki, wyjątki przestały być wyjątkami. - Pytanie „a jak to się właściwie robi?” bez jednoznacznej odpowiedzi — proces istnieje wtedy w kilku wersjach naraz.

Dobrym testem jest też prześledzenie jednego realnego zlecenia od pierwszego kontaktu z klientem do zapłaty faktury. Nie na schemacie, a w rzeczywistości. Rozbieżność między tym, co mówi procedura, a tym, co dzieje się naprawdę, bywa najlepszym argumentem za zmianą.

Dlaczego same usprawnienia nie wystarczają

Wiele firm próbowało już porządkować procesy i wraca do punktu wyjścia. Zwykle z dwóch powodów. Pierwszy: zmieniono przebieg pracy, ale nie zmieniono sposobu jej mierzenia i rozliczania, więc ludzie po kilku tygodniach wrócili do starych nawyków. Drugi: wdrożono technologię na istniejący nieład, licząc, że system narzuci porządek. Cyfryzacja nieefektywnego procesu zwykle sprawia, że nieefektywność staje się szybsza i trudniejsza do zauważenia.

Trwała zmiana wymaga kilku elementów jednocześnie: uporządkowanego przebiegu, jasnej odpowiedzialności, wskaźników pokazujących efekt, dopasowanego narzędzia i menedżerów, którzy potrafią prowadzić zespoły przez okres przejściowy. Pominięcie któregokolwiek z nich zwykle kończy się powrotem do stanu poprzedniego — z dodatkowym zniechęceniem organizacji do kolejnych inicjatyw.

Moment, w którym warto to zrobić

Najczęściej firmy zabierają się za procesy pod presją: gdy marża zaczyna spadać, gdy wzrost sprzedaży nie przekłada się na wynik, gdy odejście jednej osoby paraliżuje dział. To najgorszy moment, bo brakuje wtedy czasu i spokoju na diagnozę.

Znacznie lepszy moment to okres przed skalowaniem — przed wejściem na nowy rynek, przed uruchomieniem nowego kanału sprzedaży, przed przejęciem. Proces, który ledwo domyka się przy obecnej skali, przy dwukrotnie większej po prostu przestanie działać.

Jeżeli rozpoznajesz w tym opisie własną organizację, punktem wyjścia nie musi być duży projekt. Zwykle wystarczy rzetelna diagnoza kilku kluczowych procesów i szacunek tego, ile kosztuje ich obecny kształt. Możemy przeanalizować to wspólnie i wskazać, gdzie leży rzeczywista przyczyna oraz które działania dadzą najszybszy efekt na wyniku.

Sprawdźmy, co to oznacza dla Twojej firmy.

Opowiedz nam o swoim wyzwaniu. Wspólnie zidentyfikujemy możliwe przyczyny, obszary poprawy i potencjalne kierunki działania.

Umów Executive Session

Zobacz też